Wróć

Recenzje

Starless Void - Mors Certa, hora incerta (19.06.2026)

Starless Void - Mors Certa, hora incerta

(19.06.2026)

Mors Certa, hora incerta (łac. śmierć jest pewna, godzina niepewna)– to drugi krążek katowickiej grupy Starless Void. Światło dzienne ujrzał w drugiej połowie czerwca 2026 roku i zawiera siedem autorskich kompozycji. 

Zanim jednak odpalimy płytę na głośnikach, zachęcam do zapoznania się z moim spojrzeniem na debiut Starless Void, o tutaj. A teraz – zanurzmy się ponownie do świata Doom Metalu prosto z Katowic i zobaczmy czym uraczą nas tym razem? 

Zapraszam 

Starless Void tworzą: 

Tomasz Jedziniak – wokal

Bartłomiej Czech – gitara prowadząca, rytmiczna

Janusz Grzybek - klawisze

Joanna Stebel – gitara basowa, drugi wokal

Andrzej Bykowski - perkusja 

Słowem o okładce: 

Dominującym kolorem okładki jest czarny, biały i odcienie szarości. Jedynie logo czy tytuł krążka wyróżnia się złotym odcieniem. Na okładce pierwsze co rzuca się w oczy to twarz w kolorach szarości z charakterystycznym wzorkiem. 

1. Ascent to godhood

Od pierwszych szarpniętych strun mamy do czynienia z ciężkim kawałkiem stali. Utwór otwierają wszystkie instrumenty, naraz. Po chwili dołącza do nich wokal, równie ciężki i niski, gardłowy, co sama melodia. W tle pojawia się też krótki, przerażająco brzmiący sampel, który nadaje utworowi złowrogi wydźwięk. 

Choć muzycznie nie dzieje się tu zbyt wiele, można poczuć, wręcz namacalnie, ciężką atmosferę utworu. Solówka pojawia się dopiero pod koniec utworu. Choć przeważa tu monotonia, to nie można powiedzieć, że jest to utwór nudny. 

Zerknijmy w tekst, bo na samą myśl aż mam ciarki… 

Mam wrażenie, że tekst jest swego rodzaju… zaklęciem(?) inwokacją(?) na pewno czymś z tego przedziału. Już w pierwszym wersie słyszymy: „Seven are the steps from Aratron to Och(…)” (Siedem jest stopni od Aratrona do Ocha). Te imiona to początek i koniec listy Siedmiu Olimpijskich Duchów, które pochodzą ze słynnego renesansowego grymuaru magii rytualnej z XVI wieku, zatytułowanego Arbatel de magia veterum (Arbatel o magii starożytnych). Co ciekawe, w tekście występują wszystkie siedem duchów, wraz z odpowiadającymi im atrybutami czy orężami… Ostatnim wersem jest: „Grant un your wisdom(…)” (Obdarz nas swą mądrością)

Jeśli w ten sposób Starless Void otwiera swój album… jestem piekielnie ciekawy, co kryje się głebiej… Sprawdźmy… 

Utwór możesz posłuchać tutaj: Ascent to godhood

2. Effigy of an obliterated god

W drugim utworze, od samego początku uderza w nasze uszy całość instrumentów, łącznie z wokalem. Klimat jest równie ciężki i niski, Gitary brzmią niemal hipnotyzująco, gdyby nie co kilka uderzeń zmiana dźwięku. Wokal brzmi jakby z otchłani samego piekła. W drugiej połowie utworu, gdzieś głęboko w tle, można dostrzec delikatny sampel, który podobnie tworzy złowrogie tło. Tutaj również solówka pojawia się dopiero pod koniec utworu, by tuż po niej zakończyć się. 

W tym utworze tekst jest tak bardzo obraźliwy, że sam się zaskoczyłem. „hordes of faithful sheep of frouds hooked by the carcass on the cross(…)” (Hordy wiernych owiec oszustów, Schwytanych na przynętę trupa z krzyża) – już sam ten cytat powinien wystarczyć. A w tekście jest tego więcej! Oczywiście nie chodzi, jak sądzę, w tym utworze o samo bluźnierstwo. Między wierszami dostrzec można bardzo filozoficzne podejście do najsłynniejszej religii świata. Moim zdaniem w tekście chodzi o to, że ludzkość porzuciła potęgę natury, najczystszego „boga” w imię wytworu ludzkich rąk. I to w tym tekście urzekło mnie najbardziej – nie tyle samo bluźnierstwo, co powiedzenie prawdy! 

Chociażby my, Słowianie, mieliśmy Swaroga, Peruna, Marzanne czy Południcę, którzy władali siłami natury. a w zamian dostaliśmy jednego, w imię którego krew lała się strumieniami tylko dlatego, że odmówiłeś „wiary” w niego… co za hipokryzja. 

Utwór możesz posłuchać tutaj: Effigy of an obliterated god

3. Zeit der pest

Pozostajemy dalej w konwencji ciężkiej i nisko strojonej atmosfery. Choć mam wrażenie, że tutaj jest jeszcze niżej. Dorzucając język, wykorzystany w utworze, robi się jeszcze ciężej. 

W pewnym momencie, w drugiej połowie utworu ciężar robi się na moment nieco lżejszy, do głosu dochodzą sample. Równowagą staje się za to growl, brzmiący niczym ryk bestii.

Tytuł utworu, w tłumaczeniu, oznacza „czas zarazy”. Pierwszy co rzuca się na myśl to najsłynniejsza zaraza sprzed kilku, zaledwie, lat. Jednak w tekście występuje choroba zdecydowanie bardziej krwiożercza, która swój plon zbiera bezlitośnie. Do tego stopnia, że opustoszałe budynki mnożą się niczym grzyby po deszczu. Ludzkość straciła już nadzieję, że ten koszmar kiedyś się skończy. W tej wszechogarniającej pustce i ciszy, jedynym dźwiękiem jest echo krzyków umierających. 

Ostatni wers odbiera wszelki, nawet najmniejszy cień nadziei, że to się kiedyś skończy… Kiedyś na pewno. Kiedy ostatni z żyjących zamknie oczy na wieki… 

Utwór możesz posłuchać tutaj: Zeit der pest

4. Radioactivity meter

Ten utwór otwierają metaliczne dźwięki, bliżej nieokreślone. Jakby uderzania metal o metal, lub metal szurający o inny kawałek metalu. Po tym krótkim wstępie, do głosu dochodzą od razu wszystkie instrumenty. Po co bawić się w pojedyncze wejścia, skoro można naraz walnąć wszystkim… Kiedy do głosu dochodzi wokal, muzyka nagle spowalnia. Jeszcze wolniej i ciężej niż na wstępie. 

W tym utworze wokal brzmi niezwykle „wodniście”. I już spieszę z wyjaśnieniem mojego pojęcia – odnoszę wrażenie, że styl wokalu brzmi tutaj, jakby ktoś się topił, nabierał wody w płuca, a jednocześnie próbował wydobyć z siebie w miarę zrozumiałe dźwięki. Przez co wokal brzmi jeszcze bardziej demonicznie niż klasyczny „suchy” growl.

Mam wrażenie, że w tekście chodzi o atomową zimę. Specyficzną zimę, która następuje po wybuchu bomby atomowej. W ten konwencji można powiedzieć, że wybuchła jakaś wojna, w której użyto atomu. Przez co ci, którzy przetrwali muszą od teraz żyć w schronach i walczyć o przetrwanie każdego dnia. Mimo narastającej pustki i rozpaczy, wielu momentami przestaje odróżniać jawę od najgorszego koszmaru. Choć mam wrażenie, że ta cała otoczka jest jakąś równie ciekawą metaforą, co sam tekst… 

Utwór możesz posłuchać tutaj: Radioactivity meter

5.  Mgły nocnych mar

Jedyny utwór w języku polskim i jednocześnie chyba jedyny wyróżniający się wyższą prędkością spośród całej płyty. W tle mamy dźwięki organów, jakby kościelnych. Ten utwór przywołuje mi na myśl inny polski zespół – Herjalf. Nawet nie tyle co ciężarem gatunkowym (bo oba grają zupełnie coś innego), ale klimatem na pewno. Wokal w tym przypadku jest też dość zbliżony. 

W tekście tego utworu mamy kolejne nawiązanie do demonologi słowiańskiej. Usłyszeć tu możemy o północnicy, złej „siostrze” południcy. Jedna atakowała na polach w samo południe, druga zaś, o której mowa w utworze, to żeński demon, który swoje żniwo zbierał nocą, w okolicach północy. Zaś apogeum swojej mocy północnica osiągała podczas pełni księżyca. Zostawała nią zwykle kobieta, która zmarła przed ślubem lub krótko po nim, oraz te kobiety, które zmarły nagłą i tragiczną śmiercią. Choć w tekście można odnieść wrażenie, że Autor nawiązuje również nieco do wampiryzmu. 

Utwór możesz posłuchać tutaj: Mgły nocnych mar

6. Eternal Wanderer (Starless Void III)

Przed ostatni utwór. Tym razem mamy do czynienia z najdłuższym utworem na płycie – prawie 7 minut. Słuchając tego utworu, zwłaszcza na słuchawkach, można bardzo szybko wpaść w trans i niemal zapomnieć o otaczającym nas świecie. Wbrew pozorom utwór płynie dość sprawnie i te siedem minut nie robią takiego wrażenia, kiedy wnikniemy w głąb melodii. Solówka, która – a jakże – pojawia się pod koniec utworu skutecznie wyprowadza nas z tego przyjemnego stanu błogiego odpoczynku. Trochę żałuję, że to zaledwie(!) siedem minut, ponieważ w takim transie mógłbym posiedzieć nawet dłużej.

Utwór możesz posłuchać tutaj: Eternal Wanderer (Starless Void III)

7. Starless Void II

Czas na ostatni utwór na płycie. 

Początek sprawa wrażenie, że będzie to dość odbiegający od konwencji płyty utwór. Mimo, że nadal ciężar jest utrzymywany poprzez dźwięki gitary, dochodzi tu dużo wyraźniejszy drugi wokal, który nieco zmniejsza ciężar utworu. Dodatkowo, solówka pojawia się tutaj w połowie utworu, a nie pod koniec – jak w przypadku większości utworów na płycie. Po solówce wracamy na chwilę do motywu z dwoma wokalami. Po którym to wokal wspierający milknie, a główny growl odprowadza nas do kresu utworu i jednocześnie całego albumu. 

Utwór możesz posłuchać tutaj: Starless Void II 

Podsumowanie: 

W porównaniu do debiutanckiej EP’ki, Mors Certa, hora incerta jest zdecydowanie mroczniejszym, głębszym i cięższym albumem. Co śmiało można uznać za plus dla zespołu. W debiucie wyraźniej było czuć werbel i dużą ilość melodii. Album natomiast jest mniej melodyjny, bardziej jednostajny i miejscami monotonny – czym zwykle charakteryzuje się Doom Metal. 

W warstwie tekstowej natomiast kryje się wiele interesujących, a nawet intrygujących ciekawostek. Zaczynając od pierwszego utworu i tekstu inspirowanego renesansowym grymuarem, idąc poprzez tematykę słowiańską i północnicę, kończąc na tekstach związanych z kosmicznym bezsensem czy ulicami płynącymi krwią. Każdy znajdzie tu coś dla siebie. 

Sądzę, że album Mors Certa, hora incerta katowickiej grupy Starless Void jest warty posłuchania i zapoznania się z tekstami. Jeśli jeszcze nie mieliście okazji nadrobić tej zaległości – koniecznie polecam. 

To byłoby wszystko w dzisiejszej recenzji. Widzimy się już niedługo.

Do następnego

Ave.!

Kamil Żuk

Historie można opowiedzieć na wiele sposobów

© 2026 Wszelkie prawa zastrzeżone

Wykonanie hsr.gg